NASI PRZYJACIELE

MŚ Seefeld 2019 czyli przeżyjmy to jeszcze raz!

Chociaż minął już ponad tydzień i trzecia edycja norweskiego turnieju Raw Air rozkręciła się na dobre, nie sposób zapomnieć o emocjach konkursu na skoczni normalnej podczas Mistrzostw Świata w narciarstwie klasycznym. W niesamowitym stylu mistrzem świata został Dawid Kubacki, a srebro wywalczył Kamil Stoch.

 

Brzmi znakomicie i choć sukces to zasłużony, tak wyczekany, to równie nieprawdopodobny. Ale zacznijmy od początku…

Mistrzostwa Świata, które rozpoczęły się od konkursów na arenie znanej z Turnieju Czterech Skoczni - Bergisel w Innsbrucku, miały być pokazem siły biało-czerwonych. Przemawiało za tym wiele. Pozycja lidera pucharu narodów, znakomite występy w obecnym sezonie, jak choćby w poprzedzających światowy czempionat zawodach w Willingen. Do tego czołowe pozycje w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata biało-czerwonych, drugie miejsce Kamila Stocha, czwarte Piotra Żyły i piąte Dawida Kubackiego, ale… No właśnie, to małe, a jak znaczące, ale…

Skoki narciarskie to jak wiadomo nie od dziś, nieprzewidywalna dyscyplina sportu. Jak to mówią w piłce nożnej, dopóki piłka w grze, można by rzec - dopóki narty w locie, wszystko może się zdarzyć, nie ma, co rozwieszać medali na szyjach zawodników.

Konkurs indywidualny udowodnił, że wszystko jest możliwe. Dublet wywalczyli reprezentanci Niemiec. Mistrzem Świata został Markus Eisenbichler, a srebro wywalczył Karl Geiger. To niespodzianką nie było. Nasi zachodni sąsiedzi już od kilku tygodni prezentowali zwyżkową tendencję w Pucharze Świata i byli zaliczani do grona faworytów. Po stronie niespodzianek można zapisać zdobywcę brązowego medalu – Szwajcara Killiana Peiera. Chociaż kto wie, rodak Simona Ammanna, podobnie do Niemców, już wcześniej prezentował się dobrze w konkursach Pucharu Świata oraz treningach i kwalifikacjach przed walką o medale na skoczni dużej. No tak, jednak Puchar Świata to Puchar Świata, a treningi i kwalifikacje to nie zawody. Mało, kto odważyłby się postawić na Peiera, bo przecież nie stawał nigdy, chociażby jeden raz na pucharowym „pudle”. A jednak. Szwajcar w świetnym stylu wywalczył brązowy medal, a na półmetku rywalizacji był liderem.

Kolejną niespodzianką był występ biało-czerwonych. Tak upragnionego i wyczekiwanego medalu nie było. I choć piąte miejsce Kamila Stocha należy traktować w kategorii sukcesu, bo przecież nie da się zawsze wygrywać, to już występ Piotra Żyły i Dawida Kubackiego, którzy uplasowali się w drugiej dziesiątce, był rozczarowaniem.

Dzień po pechowym konkursie indywidualnym nadszedł czas na konkurs drużynowy i obronę tytułu mistrzów świata. Po rozegranym tydzień wcześniej konkursie w Willingen, gdzie Polacy znokautowali rywali, biało-czerwoni byli faworytem do medalu. A jeżeli nie do obrony tytułu to już na pewno murowanym faworytem do podium i medalu. Było wiadome, że Niemcy, po wielkim triumfie, są „w gazie” i będą trudnym rywalem. Tak też się stało, nasi zachodni sąsiedzi zgarnęli kolejne złoto, a my... przekorny los po raz kolejny zagrał nam na nosie i medalu nie było. Drugie miejsce zajęli Austriacy, trzeci byli Japończycy. Polska została sklasyfikowana na tuż za podium, na czwartym miejscu. W Polsce, jak to w Polsce, zaczęła się lawina komentarzy i krytyki. Do tego zamieszanie i niepewność związana z przyszłością szkoleniowca polskiej reprezentacji – Stefana Horngachera.

Jedyną i zarazem ostatnią szansą na medal dla Polski była normalna skocznia w Seefeld. Treningi i kwalifikacje potwierdziły oczekiwania polskich kibiców, ale i pewnie całej kadry, a przede wszystkim samych skoczków. Kamil Stoch i Dawid Kubacki nie wypadali z czołówki. Serię próbną przed konkursem indywidualnym wygrał Kamil Stoch, co dodatkowo wlało nadzieję w nasze serca.

Po raz kolejny jednak przekorny los dał o sobie znać. Tym razem jednak w postaci pogody. Chociaż na dużej skoczni w Innsbrucku wiatr dawał o sobie znać i kręcił, to w dniu konkursu indywidualnego na skoczni normalnej w Seefeld sprawdziły się prognozy, które przewidywały zupełne załamanie pogody. Podmuchy wiatru nie były jedną bolączką. Do tego doszły ulewne opady deszczu przechodzące w zamiecie śnieżne.

Konkurs postanowiono jednak rozegrać. I choć o pierwszej serii chcielibyśmy zapomnieć szybko, jestem zobowiązany szybko przez nią „przebrnąć”. Wymieniany m.in. przez Thomasa Morgensterna, kandydat do złota Dawid Kubacki, znany z niezwykle silnego wybicia z progu Dawid Kubacki nie poradził sobie z warunkami i po słabym skoku zajmował dopiero 27. pozycję na półmetku. Piotr Żyła nie zdołał awansować do drugiej serii. Pozostał Kamil Stoch, który podobnie jak koledzy z kadry, okazał się bezsilny wobec warunków. Klasyfikowany był na 18. Miejscu. Patrząc na górę tabeli, gdzie liderem był najlepszy w Pucharze Świata Ryoyu Kobayashi, a ma drugim miejscu plasował się Karl Geiger, można by stwierdzić, że wszystko jest na swoim miejscu. Jednak nie, sytuacja była dalece różna od zmagań rozgrywanych w sprawiedliwych i równych dla wszystkich warunków. W czołowej dziesiątce plasowali się zawodnicy, o których, przepraszam za określenie, ale nikt nie posądzałby o tak udany występ. Na skoczni atmosfera gęstniała z minuty na minutę i zewsząd słychać było głosy krytyki. Jak można było zdecydować się na rozgrywanie konkursu o mistrzostwo świata w takich warunkach. Ci, którzy byli w czołówce, milczeli, bo ich sytuacja była znakomita. Gorzej w przypadku pozostałych. Jak to mawiają, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W pewnym momencie wystąpiło ryzyko odwołania zawodów na półmetku. Ostatecznie druga seria odwołana nie została.

O ile podczas pierwszej serii zmagań karty rozdawał wiatr, o tyle w finale decydujące były intensywne opady śniegu. Najpierw świetnie spisał się Stefan Hula. Chwilę później fantastyczny lot zaliczył Dawid Kubacki, który po swojej próbie był liderem. Był to jednak dopiero początek drugiej serii, więc mało, kto spodziewał się tego, co miało nastąpić później. Nadszedł czas na próbę Kamila Stocha, przed którą Kubacki nadal plasował się na czele. Trzykrotny mistrz olimpijski mimo pogarszających się warunków, zaprezentował się świetnie i został sklasyfikowany na drugim miejscu, tuż za Dawidem Kubackim. Najlepszy skoczek poprzedniego sezonu skomentował jednak konkurs prostym gestem – z niezadowoleniem kiwnął głową. Wtedy wszyscy jeszcze bardziej żałowali skoków w pierwszej serii, bo gdyby nie to.. mogłoby być tak pięknie. Zapowiadało się, że mistrzostwa świata w Seefeld będą pierwszą imprezą tej rangi od czasu światowego czempionatu rozegranego w 2005 r. w Oberstdorfie, kiedy biało-czerwoni wrócą bez medalowych łupów. Na każdej kolejnej tego typu imprezie od 2007 r. nasi reprezentanci zdobywali medale. Adam Małysz, Justyna Kowalczyk czy to pozostali skoczkowie.

W tym miejscu należy, wiem, że już po raz kolejny, podkreślić, że jak nigdy wcześniej, los okazał się przekorny i udowodnił, że nigdy nie należy wątpić. Druga seria trwała i Polacy regularnie pięli się w górę klasyfikacji po skokach kolejnych zawodników, których prędkości na progu i uzyskiwane odległości malały odwrotnie proporcjonalnie do coraz intensywniejszych opadów śniegu. Przełomowym momentem był skok dziewiątego po pierwszej serii reprezentanta gospodarzy – Stefana Krafta, który po swoim występie był trzeci, za Polakami. Pozostało osiem skoków i ja, ale też z całą pewnością wszyscy Polacy rozpoczęli odliczanie… jeszcze ośmioro, siedmioro, sześcioro…

Chociaż na półmetku zmagań miałem w głowie myśl, że skoro pierwsza seria była tak loteryjna i nieprzewidywalna, to może sytuacja powtórzy się i podobnie będzie w serii drugiej, a jej losy całkowicie się odwrócą, trudno było, będąc realistą, uwierzyć w polski medal.

Zostały trzy skoki do zakończenia konkursu. Zaczął Ziga Jelar ze Słowenii. Zepsuł skok i w tym momencie niemożliwe stało się możliwe. Dawid Kubacki miał już pewny brąz! Kolejny miał być Karl Geiger i o ile młody Słoweniec, jeszcze niedoświadczony, nie dał rady warunkom (a sypało tak, że mało, co było dookoła widać), można było wątpić czy reprezentant Niemiec pójdzie w ślady Jelara. W tym momencie ważyły się losy medalu Kamila Stocha. I… tak, kilkanaście sekund później stało się faktem, dwóch Polaków na mistrzowskim podium! Na rozbiegu pozostał jedynie niepokonany w tym sezonie, niesamowity Ryoyu Kobayashi. Rozpoczął najazd do progu, odbił się i leciał, jednak nie doleciał.

W tym momencie Dawid Kubacki został mistrzem świata, a srebro wywalczył Kamil Stoch! Biało-czerwone trybuny oszalały ze szczęścia, podejrzewam, że podobnie było w Polsce przed telewizorami! Świeżo upieczony wicemistrz świata Kamil Stoch wspólnie ze Stefanem Hulą wzięli Dawida Kubackiego na ramiona i wynieśli na zeskok w geście wielkiego triumfu! Bo tak trzeba to określić. Awansować z 27. miejsca i zostać mistrzem świata? Coś nieprawdopodobnego, niczym scenariusz „jak u Hitchcocka”, z piekła do nieba, a nawet raju!

Coś, co wydawało się przeczyć logice, okazało się rzeczywistością! Historia napisała niezwykłe karty światowych skoków narciarskich, na których złotymi zgłoskami zapisali się Polacy, mając przy tym wiele szczęścia. Ale jak to mówią szczęściu trzeba dopomóc! Chociaż konkurs ten był niezwykły pod wieloma względami, nie chodzi tylko o triumf biało-czerwonych, o ich ogromny awans, ale też warunki, w jakich przyszło skakać zawodnikom czy jego nieprzewidywalność, koniec końców uważam, że „rachunek szczęścia” wyszedł na zero i nie można mówić o przypadku. Wygrali najlepsi, zasłużenie. Jedni mieli trochę szczęścia w pierwszej, inni w drugiej serii. Nie ma skoczka, który nie mógłby narzekać na warunki. Warto też dodać, że pomimo tak ogromnego sukcesu, najgłośniejsi na skoczni nie byli polscy skoczkowie, a... ich wybranki. Dokładniej rzecz ujmując narzeczona Dawida Kubackiego, Marta Majcher oraz żona Kamila Stocha - Ewa Bilan-Stoch.

Dzień później odbyły się zmagania drużyn mieszanych, w których zadebiutowali Polacy. Był to debiut niezwykle udany. Na półmetku pachniało nawet sensacją. Zajmowaliśmy trzecie miejsce. Ostatecznie biało-czerwoni zakończyli na szóstym miejscu, ale Dawid Kubacki potwierdził świetną dyspozycję i indywidualnie osiągnął najlepszy wynik.

W sobotni wieczór nastąpiła dekoracja medalowa Polaków. Na szyi Dawida Kubackiego zawisł złoty medal, Kamil Stoch odebrał srebro. Zarówno oni dwaj, jak i cała rzesza, miliony Polaków na żywo czy przed telewizorami dumnie odśpiewali Mazurka Dąbrowskiego. W ten sposób polskie skoki narciarskie po raz kolejny przeszły do historii. Dla takich chwil warto żyć i wierzyć do końca!

 

Tekst i zdjęcia: Przemysław Wardęga

Dodatkowe informacje